Historia domowej wizażystki, fryzjerki i manikiurzystki

Przyrządy do makijażu

(zdj. pxhere)

Będąc nastolatką miałam straszne kompleksy z powodu swoich problemów z cerą. Nie była ona jakoś przesadnie piękna, a z perspektywy czasu i obejrzanych później z bliska innych twarzy, wręcz powiedziałabym, że moje problemy nie były przesadne, ale mnie jako młodej dziewczynie spędzały sen z powiek. Potrzeba jest matką wynalazku, więc dość wcześnie zaczęłam się malować, aby ukryć to co mi przeszkadzało. Dzisiaj absolutnie nie przykrywałabym się aż taką ilością „tapety”, no ale któż wytłumaczy nastolatce, że pryszcz na środku czoła nie oznacza końca świata i wcale nie przykuwa uwagi niczym koszykarz Chicago Bulls na środku ulicy w Tokio…. Ćwiczenia czynią mistrza i z czasem moje umiejętności zaczęły wykraczać poza umiejętne przykrycie krostek, a makijaże stały się dużo bardziej artystyczne.

Potem już trochę bardziej świadomie zaczęłam eksperymentować z włosami, różnymi upięciami i fryzurami, bo przecież włosy są naturalnym uzupełnieniem makijażu. A gdy po latach dziecinnego obgryzania (fuj!) paznokci udało mi się zapuścić jako takie szponki to naturalne w mojej samowystarczalności stały się najpierw samodzielne, trochę koślawe 😉 frenche, a ostatecznie całkiem precyzyjne zdobienia. I pewnie skończyło by się na uszczęśliwianiu samej siebie, gdyby nie pewien przypadek.

Zadzwoniła do mnie koleżanka – zapłakana i załamana, że idzie na wesele i poszła do nowej fryzjerki, ale niestety skończyło się koszmarem rodem z głowy Edwarda Nożycorękiego. Udało mi się uratować jej fryzurę, a widząc zapuchniętą buzię i rozmazany tusz postanowiłam się zająć także make’upem. Magda była zachwycona, bardzo dziękowała. Ja byłam zadowolona, że mogłam pomóc.

Okazało się, że Magda opowiedziała kilku znajomym o mojej akcji ratunkowej i zaczęły pojawiać się telefony czy mogłabym kogoś uczesać, pomalować. Początkowo traktowałam to jako hobby i korzystałam ze swoich prywatnych kosmetyków, ewentualnie z zawartości kosmetyczki „klientki”, ale z czasem moje wypady do drogerii zaczęły przypominać zakupy na potrzeby co najmniej  tuzina kobiet, a moje usługi stały się przyjemnym dodatkowym źródłem dochodu. Zaczęłam też coraz częściej dojeżdżać do „potrzebujących” i tu już pojawiała się wyższa logistyka…. Doszłam do momentu, gdzie bagażnik w moim aucie wypełniony był kuferkami do manicure, suszarką do włosów z kolekcją dyfuzorów, trzema lokówkami (każda o innej grubości i kształcie końcówki ;-)) o prostownicy nie wspominając…. Kosmetyki walały się w moim małym mieszkanku i kilkukrotnie niestety musiałam dosłownie wyrzucić pieniądze, bo nie znajdując odpowiedniego koloru podkładu, kupowałam kolejny, a w tym bałaganie walały się dwie buteleczki w tym odcieniu, ledwo co napoczęte……

Gdy zmarła moja babcia i w ramach spadku otrzymałam Mikrusa – pięknego, ale posiadającego niespożytą energię, kocura – stanęłam przed koniecznością ogarnięcia tego kosmetyczno-fryzjerskiego szaleństwa. O ile buteleczki z lakierami znajdowane pod kanapą czy w doniczce nie stanowiły problemu, o tyle przestraszyłam – nie na żarty widząc Mikra z zapałem pogryzającego termoloki wywalczone w ostrej nocnej licytacji na jednej z platform zakupowych. Wiedziałam, że trzymanie tego wszystkiego w mieszkaniu musi się skończyć, samochód też odpadał. Potrzebowałam miejsca, do którego będę miała stały dostęp, bez ograniczeń godzinowych czy weekendowych, ale nie nadwyrężający mojego budżetu…. Perspektywa trzymania w piwnicy kosmetyków czy sprzętu fryzjerskiego nie brzmiała dla mnie ani zbyt higienicznie, ani zachęcająco, bo niestety swego czasu spotykałam się z chłopakiem, który była fanem horrorów i to odcisnęło wyraźne piętno na moim podejściu do ciemnych, klaustrofobicznych pomieszczeń.

W Internecie znalazłam info o Sejfboksach w Sosnowcu. Zadzwoniłam, choć nie spodziewałam się niczego dla mnie – domowej fryzjerki, makijażystki i manikiurzystki, która nie ma gdzie trzymać swoich gadżetów. A jednak –  boks 1 m2 w rozsądnej cenie, czysty, suchy, a cały budynek oświetlony i chroniony. Teraz wszystko jest w jednym miejscu – w kuferkach, pokrowcach, poukładane i ze swobodnym dostępem. Gdy dzwoni jakaś klientka w potrzebie, umawiam się, podjeżdżam i zabieram tylko to co jest mi potrzebne.

 

Kasia, Sosnowiec, 24 l.